Do dziś z sentymentem wspominam dzień kiedy mój tato powiedział:
- Synu nadszedł właśnie dzień gdy
przekażę ci moją spuściznę, jesteś już prawie dorosły, odpowiedzialny i mądry,
więc przekażę ci jedną z najważniejszych rzeczy jakie może przekazać ojciec
swemu synowi – kartę do wypożyczalni. Możesz wypożyczyć sobie każdy film o
jakim sobie tylko zamarzysz (tak naprawdę nie każdy gdyż nie miałem jeszcze
osiemnastki więc większość interesujących mnie pozycji odpadała, cholera). Jednak
karta do „Wideoteki” niosła ze sobą niesamowitą moc, wyłączając falujące cycki
jakiejś blond lali, mogłem oddać się innym wizualnym rozpustom o których marzył
każdy chłopak w moim wieku, mianowicie hektolitrom posoki i kilogramów narządów
wewnętrznych wylewających się z ludzkich ciał. Nie chodzi tu o horrory bo to
materiał na kolejny felieton, a o naładowanych adrenaliną i koksem twardzieli,
którzy wyrywali serca za pomocą obieraczki do ziemniaków.
Nie będę was zanudzał kolejnymi
tytułami, bo ci którzy się wychowali w tamtych czasach doskonale je pamiętają,
a ci co żyją w czasach współczesnych i tak po nie nie sięgną. Wszystkie te
filmy łączył jeden schemat, samotny napakowany bohater pakował w hordy wrogów
tony ołowiu. Nie było nigdy skomplikowanych dialogów, o fabule nie wspomnę,
była za to kwintesencja przemocy w najróżniejszym wydaniu (twórcy tych filmów
mieli naprawdę morderczą fantazję jak wysyłać kolejnych ludzi do piachu)
okraszona niezłą muzyką, pirotechnicznymi majstersztykami i kilkoma męskimi
żartami i to jak najbardziej wystarczyło. Nie traciło się czasu na jakąś zawiłą
historię, dostawało się gotowe danie bez zbędnego bełkotu. Teraz się nawet tak
zastanawiam, przecież te filmy nie musiały być nawet tłumaczone, wyszedłeś
zrobić sobie kanapkę, wróciłeś po 30 minutach i tak wiedziałeś o co chodzi.
Kobiety twierdzą oczywiście że to nuda, pomijając fakt, że większość filmów
miłosnych którymi się karmią skupia się na miłosnych rzygowinach, których żaden
facet nie przeżyłby w rzeczywistości. Patrząc na takie twory po piętnastu
minutach miałem oglądnąć cokolwiek innego, nawet XV wieczny mongolski balet
albo 24 godzinny dokument o drzewach.
W
tych czasach stało się jednak stało się coś niebywałego, filmy o super twardzielach
odeszły w zapomnienie, a zastąpiły je filmy o pedalskich wampirach, którym ryje
lśnią jak diamenciki w blasku słońca (za moich czasów morda by mu się zwęgliła
od jednego promyczka słońca) czy pryszczaci czarodzieje z okularkami Eltona
Johna. Od czasu do czasu pojawią się najnowsze filmy z gwiazdami z lat 80/90,
jednak ten odgrzany kotlet nie smakuje już tak jak zaraz po usmażeniu. Herosi
zamierzchłej epoki są już starzy, zmęczeni, mięśnie obwisły, brzuchy wylazły,
twarze jakieś takie naciągnięte, podmalowane, nasiąknięte botoksem. To już nie
to samo. Jednak czasy w których przewijaliśmy kasety żeby nie dostać finansowej
kary w wypożyczalni kaset video czy próbowaliśmy coś zobaczyć na trzepiącej się
kopii naszego ulubionego filmu, niestety nie wrócą i trzeba się z tym pogodzić.
Amen.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz