czwartek, 6 czerwca 2013

Co nas straszy, co nas podnieca


 
            Budzę się w środku nocy wyrwany jakimś tajemniczym odgłosem. Wsłuchuję się w ciemność, słyszę jakiś podejrzany dźwięk. Coś ewidentnie stuka. Opanowuje mnie dziwne uczucie. Nie jest to wkurwienie jakie często towarzyszy nam gdy przebudzimy się w środku nocy i spostrzegamy że jest 3 w nocy, a my mamy wstać do roboty o 4. Uczuciu towarzyszy dziwny dreszcz i niepewność – tak to najzwyklejszy strach, porównywalny z tym jaki odczuwamy spostrzegając grupkę pseudokibiców, którzy wesoło rozpieprzają wszystko na swojej drodze i ewidentnie prą na twoje spotkanie. Patrząc na ich liczbę i sympatyczne pokiereszowane mordy, żaden chwyt Jackie Chana nie wydaje się na tyle dobry by sobie poradzić, więc stosuje najlepszą metodę. Zmniejszam wszelkie oznaki życia i wolno ciągnę nogi za sobą, albo jeszcze lepiej kładę się na ziemi i udaje trupa, to pomaga na niedźwiedzie może i teraz się przyda. Gdy nie przykuje niczyjej uwagi i zostanę minięty, dziki strach mija. Jednak strach, który mnie teraz ogarnął  jest dłuższy i ma bardziej metafizyczne podłoże. Spowodowany jest oglądnięciem filmu typu HORROR.
Zrywam kołdrę z siebie i czuję że muszę iść do toalety, o naturo złośliwa akurat teraz zachciało ci się siku. Nie ma wyjścia trzeba przejść kilka metrów ciemnego korytarza by znaleźć się w miejscu docelowym. Przypominam sobie najskuteczniejsze modlitwy zapamiętane z pierwszej komunii i zbieram się na odwagę. Na szczęście nie mam już kota więc kopnięcie przypadkowo w wielki futrzasty worek na ziemniaki nie wchodzi w grę. Już tak kiedyś wyrżnąłem, gdy zbierałem się z podłogi jedyna myśl kołacząca się po głowie brzmiała: „no i chuj ze spania”. Ruszam korytarzem powtarzając w kółko: „potwory nie istnieją, potwory nie istnieją” i udaje się załatwić to i owo. Zadowolony że jeszcze żyję wracam do łóżka i kładę się pod kołdrą, gdy nagle słyszę ryk małego dziecka. Blednę w momencie, przed oczami staje mi Samara z Ringu, dziecko z „Sierocińca” z workiem na głowie i mnóstwo innych przyjaznych postaci z horrorów. Dobrze, że byłem co dopiero w WC, bo to mogłoby się źle skończyć. Po chwili przypomina mi się, że to nic paranormalnego, to sąsiadka z ściany ze swoim kretyńskim mężusiem spłodzili syrenę przeciw lotniczą, która wykonuje swoje koncerty każdej nocy mniej więcej w tych samych godzinach. Gdy krew wraca powoli do mojej twarzy zdobywam się na wymuszony uśmiech i mruczę pod nosem: „Nigdy więcej żadnych horrorów”



        Jednak to obietnice bez pokrycia, gdyż raz za razem sięgam po jakiś dreszczowiec o mega ambitnym tytule typu „Rzeźniczy tasak do mięsa: Powrót szalonego masarza” i testuje swoją odporność psychiczną. Nie wiem dlaczego to robię, może po prostu lubię dostawać określony zastrzyk adrenaliny. Nic nie może równać się z uczuciem przerażenia po 0:00, myślę że też tak macie.

Już jako dziecko zaczynałem od soft horrorów w moim przedziale wiekowym. Pierwszą moją traumą był bez wątpienia serial „Przyjaciele wesołego diabła” a także Buka z „Muminków” przez które bałem się chodzić do lasu. Potem pojawiły się Gremliny i Critersy, po oglądnięciu których przez wiele lat miałem wrażenie, że patrzą na mnie czerwone ślepia z piwnicy. A dalej poszło już z górki, oglądałem co się dało „Piątki Trzynastego”, Halloween” „Omena” (przyznam się, że kilka razy szukałem znamienia „666” na mojej głowie, ale byłem pieprznięty), „Księgę Zmarłych”, „Laleczkę Chucky” (od tego momentu przestałem się bawić lalkami) itd. Gdy nieraz wracam do tych horrorów po latach nie robią już na mnie takiego wrażenia jak kiedyś, ale nadal miło mi się je ogląda. 


         Teraz nastała era nowych filmów grozy, gdzie praktycznie nie mamy do czynienia z demonami, wielkimi zmutowanymi odmieńcami czy bagiennymi potworami. Teraz dotyka nas inne oblicze strachu, strachu przed dziećmi i nie mówię tu o przysłowiowej wpadce podczas seksu, choć to też nie jest przyjemne, ale o duchach małych dziewczynek. Strach przed takim paranormalnym widziadłem jest tym większy, że dzieci można spotkać za każdym rogiem. A spotkaj tu dziecko po oglądnięciu horroru w zimie na ulicy po godzinie 16, gdy jest już ciemno, wtedy nie obędzie się bez Stoperanu.
- Kiedyś jak oglądnąłem "Sierociniec" przez parę miesięcy unikałem ścieżek w pobliżu przedszkoli,
- Gdy przypomniałem sobie „Egzorcystę” rzadziej odwiedzam moją młodszą kuzynkę,
- Będąc świeżo po seansie Ringu nie odbierałem telefonów stacjonarnych.
Mimo to, dalej horrory oglądam, nabawiając się kolejnych fobii



         W czasach współczesnych powróciła również moda na typowe Slashery z lat 80. Wyjaśnijmy słowo Slasher. Otóż jest to pozbawiona fabuły historia zamaskowanego rzeźnika, który upodobał sobie sprawdzanie czy cycate panienki mają silikony za pomocą noża. Przy okazji nie zabraknie też mięsnej sałatki z ich chłopaków.
Ostatnio zastanawiałem się dlaczego Polacy zaczęli tak tłumnie wybierać się na tego typu filmy? Chyba nie z chęci poznania co człowiek ma w środku, no może są tacy których to interesuje szczególnie przed sesją na studiach medycznych. W końcu doszedłem do odpowiedniej konkluzji. Otóż nasi rodacy oglądają te rzezie z zazdrości!!!
Już wyjaśniam zagadnienie, wyobraźmy sobie jak zaczyna się typowy Slasher. Główni bohaterowie to najczęściej dwie piękne, zgrabne panny, dwaj napakowani faceci o twarzach Biebera i jeden typowy Nerd w życiu nie zaznający seksu. Podróżują wypasioną furą pożyczoną od ojca jednej z lalek i szastają kasą jednego z Bieberów. Aż szlag trafia jak się patrzy na ich te roześmiane mordy (czasami przechadzając się po polskich miastach mam wrażenie, że taki grymas twarzy to tylko mit) i tylko czekamy aż ktoś rozchlasta im śledzionę. Najbardziej zawsze szkoda Nerda, który ginie zaraz po Biberach i już zawsze będzie dziewicą. Smutne. Na końcu zostają dwie kobietki jedna głupia i druga mądra. Blondi ginie pierwsza, bo ciężar cycków ciągnie w dół. Mądra lubi się chować i biegać zygzakiem. W końcu znajduje samochód i gdy już wydaje się że przeżyje, pojawia się krwawy Picasso i maluje swoim nożem wymyślne kształty. Gdy ostatnia bohaterka bulgocze krwią, wszyscy zgromadzeni na sali głośno wiwatują i klaskają (naprawdę byłem tego świadkiem). Więc wychodzi na to, że lubimy patrzeć na to jak jakieś bogate, snobistyczne dupki broczą we własnej krwi i nie pomogą im nawet pieniążki. To jest właśnie sprawiedliwość.


                                                                       KOSZMARNY KONIEC







piątek, 31 maja 2013

Twardziele przełomu lat 80/90


          Do dziś z sentymentem wspominam dzień kiedy mój tato powiedział:
- Synu nadszedł właśnie dzień gdy przekażę ci moją spuściznę, jesteś już prawie dorosły, odpowiedzialny i mądry, więc przekażę ci jedną z najważniejszych rzeczy jakie może przekazać ojciec swemu synowi – kartę do wypożyczalni. Możesz wypożyczyć sobie każdy film o jakim sobie tylko zamarzysz (tak naprawdę nie każdy gdyż nie miałem jeszcze osiemnastki więc większość interesujących mnie pozycji odpadała, cholera). Jednak karta do „Wideoteki” niosła ze sobą niesamowitą moc, wyłączając falujące cycki jakiejś blond lali, mogłem oddać się innym wizualnym rozpustom o których marzył każdy chłopak w moim wieku, mianowicie hektolitrom posoki i kilogramów narządów wewnętrznych wylewających się z ludzkich ciał. Nie chodzi tu o horrory bo to materiał na kolejny felieton, a o naładowanych adrenaliną i koksem twardzieli, którzy wyrywali serca za pomocą obieraczki do ziemniaków.



           

       Stallone, Schwarzenegger, Willis, Van Damme, Seagal, Snipes, Lundgren, Dudikoff, Noris, Li, Chan itd. Każdy chłopak wyrwany ze snu o 3 rano umiał wyrecytować te nazwiska i filmografię każdego z nich bez najmniejszego zająknięcia. Byli naszymi bogami i mentorami, to nauczyli nas najważniejszych wartości życiowych, podczas gdy nasi ojcowie w pocie czoła zarabiali na nasze utrzymanie. Pewnie kobiety będą się śmiały, ale taka jest prawda. Nieraz ze łzami w oczach powtarzam niektóre kwestie z filmów klasy B.
           



        Nie będę was zanudzał kolejnymi tytułami, bo ci którzy się wychowali w tamtych czasach doskonale je pamiętają, a ci co żyją w czasach współczesnych i tak po nie nie sięgną. Wszystkie te filmy łączył jeden schemat, samotny napakowany bohater pakował w hordy wrogów tony ołowiu. Nie było nigdy skomplikowanych dialogów, o fabule nie wspomnę, była za to kwintesencja przemocy w najróżniejszym wydaniu (twórcy tych filmów mieli naprawdę morderczą fantazję jak wysyłać kolejnych ludzi do piachu) okraszona niezłą muzyką, pirotechnicznymi majstersztykami i kilkoma męskimi żartami i to jak najbardziej wystarczyło. Nie traciło się czasu na jakąś zawiłą historię, dostawało się gotowe danie bez zbędnego bełkotu. Teraz się nawet tak zastanawiam, przecież te filmy nie musiały być nawet tłumaczone, wyszedłeś zrobić sobie kanapkę, wróciłeś po 30 minutach i tak wiedziałeś o co chodzi. Kobiety twierdzą oczywiście że to nuda, pomijając fakt, że większość filmów miłosnych którymi się karmią skupia się na miłosnych rzygowinach, których żaden facet nie przeżyłby w rzeczywistości. Patrząc na takie twory po piętnastu minutach miałem oglądnąć cokolwiek innego, nawet XV wieczny mongolski balet albo 24 godzinny dokument o drzewach.
            W tych czasach stało się jednak stało się coś niebywałego, filmy o super twardzielach odeszły w zapomnienie, a zastąpiły je filmy o pedalskich wampirach, którym ryje lśnią jak diamenciki w blasku słońca (za moich czasów morda by mu się zwęgliła od jednego promyczka słońca) czy pryszczaci czarodzieje z okularkami Eltona Johna. Od czasu do czasu pojawią się najnowsze filmy z gwiazdami z lat 80/90, jednak ten odgrzany kotlet nie smakuje już tak jak zaraz po usmażeniu. Herosi zamierzchłej epoki są już starzy, zmęczeni, mięśnie obwisły, brzuchy wylazły, twarze jakieś takie naciągnięte, podmalowane, nasiąknięte botoksem. To już nie to samo. Jednak czasy w których przewijaliśmy kasety żeby nie dostać finansowej kary w wypożyczalni kaset video czy próbowaliśmy coś zobaczyć na trzepiącej się kopii naszego ulubionego filmu, niestety nie wrócą i trzeba się z tym pogodzić. Amen.